czwartek, 8 kwietnia 2010

Po świętach....


Święta spędziłam na dalekiej zamojskiej wsi w dość licznym gronie: moja najbliższa rodzinka + Zuzia (narzeczona starszego syna), rodzice i do tego miejscowa rodzina męża. Czasu na swoje kochane robótki nie miałam zbyt wiele. Raptem kilka chwil we wtorek. Postanowiłam przypomnieć sobie jak się można cudownie relaksować przy wałku do koronki klockowej. Wałek wywiozłam jakiś czas temu już na stałe. W domu, tu na miejscu, nie mam miejsca na wszystkie swoje skarby. Jak wyciągnęłam torbę w wałkiem i nićmi - przeżyłam szok. Znalazłam w niej ślady buszowania myszy. Wszystko jestem w stanie zrozumieć i przebaczyć, ale nie daruję gryzoniom grzebania w moich koronkach. Oczywiście skończyło się na gadaniu i tłumaczeniu kotom jak mają się zachowywać wobec znienawidzonych przeze mnie myszy:). Myszy bardzo posmakowały nici lniane, zwłaszcza kolorowe, jakby wiedziała zaraza jedna, że trudne do zdobycia. Udało mi się kupić kiedyś kilka szpulek od czeskiej koronczarki, pani Jolany. No cóż, trzeba będzie pewnie znowu wybrać się na Festiwal Koronki Klockowej do Bobowej... Jak już pogodziłam się ze stratami ( nie udało się uratować dwóch szpulek) przystąpiłam do zabawy. Przypięłam wzór i zaczęłam przerzucać klockami wiedząc, że i tak nie skończę koronki przed wyjazdem do Wrocławia. Ale przecież wrócę:). A sierpień wcale nie taki znów odległy. Skończę latem.

2 komentarze:

  1. Czy to jest to CUDO które widziałam niedawno?????

    OdpowiedzUsuń
  2. Tak Aniu, to jest właśnie to CUDO:-)
    Tyle, że skończone cały rok później i w dodatku nie przeze mnie....
    Ważne, że jest!!

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za każde pozostawione słowo. To krytyczne także.
Mobilizujecie mnie do dalszej pracy:-*